Dni
mijały jeden za drugim. Święta Bożego Narodzenia przyszły
szybko. W szkole ogłoszono bal sylwestrowy. W ostatnim dniu przed
wigilią wszystko zdawało się być zapięte na ostatni guzik.
Potrawy kończyły się gotować, choinka już czekała na to aby
jutro zaraz po śniadaniu ją ubrać, dom był wysprzątany a goście
powoli ściągali z całej Polski. Art witała wszystkie ciotki,
wujków i garść kuzynów. Od lat bowiem tradycją Miłorzębskich
było ściąganie na Święta do tej małej miejscowości z której
wszyscy się wywodzili. Wśród wszystkich gości Art wyczekiwała
tylko na tego jedynego, tego który od kilku tygodni władał nią i
jej sercem. To było wręcz niespotykane jak oboje zmienili się pod
wpływem wzajemnych uczuć. Ona była niczym do rany przyłóż.
Pomagała każdemu kto tylko tego potrzebował w dodatku solidnie
poprawiła się w nauce, nie chcąc odstawać w niczym od swojego
chłopaka. On… cóż… kiedyś niedostępny, teraz trzymał chyba
ze wszystkimi. Nie zatracili się w tym co posiadali a tylko się
rozwijali. W końcu kiedy nadszedł wieczór, podjechał jego
samochód. Uśmiechnęła się do wszystkich i przeprosiła na
chwilę. Od dawna pragnęła aby wszyscy poznali jej chłopaka.
Dziadkowie tylko uśmiechnęli się do siebie na to jej
zniecierpliwienie. Oboje pokochali Tomka jak własnego wnuka. Byli
wielce radzi, że ich wnuczka dzięki niemu stała się bardziej
otwarta, zaczęła się naprawdę przykładać do nauki. W dodatku
Tomek był bardzo miły i uprzejmy.
– Czemu
tak długo? – zapytała kiedy zdejmował płaszcz. Dopiero po
chwili zwróciła uwagę, że wampir ubrany jest dość… dobrze.
Trampki, czarne spodnie, biała koszula z czarną kamizelką, miała
podwinięte rękawy i oczywiście nie była zapięta do jednej
trzeciej długości. Dziewczyna poczuła się przy nim niczym szara
myszka. On tymczasem wziął ją w ramiona i pocałował dość
namiętnie. Kolana się pod nią uginały za każdym razem kiedy tak
robił. Zapominała wtedy o boskim świecie.
–
Przepraszam, telefon od siostry mnie zatrzymał. Idziemy? –
wyciągnął do niej rękę. Podała mu swoja dłoń i poszli do
pokoju który nazywano salonem.
Marysia była bardzo dobrą kuzynką
Art. To oznaczało, że dziewczyny przyjaźniły się ze sobą i o
wszystkim sobie mówiły. Teraz jednak zmieniło się to. Artemizja
półsłówkiem nie pisnęła o nowym chłopaku. To zastanawiało
Marię, ale miała nadzieję, że mimo to wszystko jest w porządku.
Potem do pokoju weszła jej krewna ze swoim nowym chłopakiem. W
pierwszej chwili Marii opadła szczęka. Facet był istnym bogiem.
Był przystojny, dobrze ubrany a wkrótce zauważyła też, że
zapatrzony w Art jak w obrazek. Wtedy całkowicie przestała mieć
wątpliwości, iż coś się może z nią dziać niedobrego.
– Chciałabym wam przedstawić Tomka, mojego
chłopaka. – w pokoju zapanowało milczenie. Wszyscy patrzyli na
niego z zaskoczeniem. Tomek tylko podrapał się swoim zwyczajem po
głowie i uśmiechnął. Wtedy do salonu weszła babcia jego
dziewczyny. Widząc Tomka uśmiechnęła się szeroko.
– No w końcu jesteś,
kochaneczku. Czekałam na ciebie z kolacją. Choć, pomożesz mi z
tacą. – zabrała go ze sobą a on tylko zdążył posłać
wszystkim przepraszający uśmiech. Takim sposobem sytuacja się
rozluźniła. Potem wszyscy zasiedli do kolacji. Opowieści i
śmiechów nie było końca. Jednak Art i Tomek wydawali się od tego
dalecy. Wpatrzeni w siebie nie specjalnie zwracali uwagę na
wszystkich dookoła. Po kolacji sytuacja nie uległa zmianie. W końcu
Marysia przysiadła się do nich.
– Czyli mówicie, że poznaliście się w szkole. Kurczę, czemu w
mojej nie ma takich przystojniaków jak ty? No ale, jeśli chodzi o
facetów, Art zawsze zgarniała tych lepszych. – roześmiała się,
ale jej kuzynka już nie. Art bowiem uświadomiła sobie, że pomimo
całego szczęścia jakie posiadała, Tomek nie był ideałem. Był
wampirem. Z zasady powinien ją zabić. Tymczasem on ją kochał i
była tego w stu procentach pewna. Nigdy jej nie skrzywdzi, bo
przecież by nie mógł. Nie krzywdzi się osób, które się kocha.
Odgoniła więc złe myśli i wdała się w rozmowę z Marysią.
Święta minęły im bardzo szybko. Zaraz po nich pojechali do
szkoły pomagać w przystrajaniu sali na bal. Ku zaskoczeniu
dziewczyny było tam na prawdę wiele osób. Ona i Magda wycinały
różne różności z papieru a Tomek pomagał chłopakom w
zawieszaniu balonów, serpentyn, wstążek i światełek wszelkiego
typu. Śmiechu było tam co nie miara. Jednak chyba Kasia i
Krzysiek wywołali największe salwy śmiechu. Chłopak bowiem wszedł
na drabinę i przypinał łańcuchy światełek. Nie chcąc co chwila
schodzić i przestawiać urządzenia na którym stał, skakał na
nim, tym samym je przesuwając. W pewnym momencie na salę weszła
Kasia. Art zawołała ją do siebie. Uśmiechnęła się i już miała
podejść, kiedy zobaczyła co robi Krzysztof. Jej mina natychmiast stała
się pochmurna. Dziewczyna z prędkością światła znalazła się
obok niego. On jej nie zauważył a ona krzyknęła.
– Kretynie jeden, zamierzasz się zabić czy jak?!
Jeśli sądzisz, że spadając z drabiny wymigasz się od tańca to
się grubo mylisz! – chłopak zaskoczony tymi krzykami zachwiał
się na drabinie i o mały włos nie spadł. Tomek jednak będąc
obok ustabilizował drabinę i wszystko skończyło się dobrze.
Krzysiek zszedł na dół z bananem na ustach, po czym dostał w
twarz od Kaśki.
– Nawet połamany i w gipsie pójdziesz ze mną na ten bal i
będziesz tańczył! – wrzasnęła, odwróciła się do niego
plecami i jak gdyby nigdy nic podeszła do stolika Artemizji i Magdy.
Dziewczyny skręcały się ze śmiechu. Kasia pozostawała stoicko
spokojna. Po chwili podszedł do nich Tomek. Objął Art w talii i
szepnął jej do ucha kilka ciepłych słów.
– Dzięki Tomek, naprawdę nie wiem jak on
może być takim nieodpowiedzialnym gówniarzem. Nie musiał mnie
zapraszać, obowiązku nie było…
- Kasiu odpuść mu, przecież nie robił tego
specjalnie aby cię zezłościć…
- Akurat, ty go nie broń Art. Czemu możesz mieć
normalnego chłopaka, który co pięć minut nie zmienia zdania a ja…
czekał do ostatniego dnia w szkole aby mnie zaprosić… - marudziła
tak jeszcze kilka minut, aż w końcu Krzysiek zabrał ją do domu.
Przygotowania trwały w najlepsze. Praca szła do przodu. Nauczyciele
nie wychodzili z podziwu. Potem dołączył do nich Kuba, chłopak
Magdy z którym Tomek zaprzyjaźnił się tak na poważnie. Razem
grali w piłkę. Kuba przedstawił Tomka trenerowi, ten zaprezentował
swoje umiejętności i dalej poszło już samo. Czyński okazał się
bardzo dobrym zawodnikiem i dzięki niemu wygrano już dwa mecze. Art
była z niego dumna i czasami zapominała o tym kim on jest naprawdę.
Nie rozmawiali o jego rasie. Jeszcze nie czuła się na to gotowa.
Jedyny postęp jaki uczyniła w tej kwestii, to przestała się
krzywić na widok, plastikowego kubka z przykrywką, z którego jej
chłopak pił krew.
– Kochanie ja zbieram się na trening.
Wpadnę wieczorem, poradzisz sobie? – objął ją a ona posłała
mu jeden z tych uśmiechów które kochał najbardziej.
– Nie wiem czy tęsknota mnie nie
zabije, ale cóż poradzić? Marysia i Magda dotrzymają mi
towarzystwa. – odpowiedziała. Pocałował ją i wyszedł. Chwile
patrzyła w puste drzwi po czym zaczęła sprzątać swoje stanowisko
pracy. Magda przyglądała się jej z zainteresowaniem. Zmiany jakie
w niej zaszły były dobre, mimo to coś strasznie niepokoiło jej
przyjaciółkę. Art coś ukrywała. Znały się od dobrych
dziesięciu lat i tyle samo przyjaźniły. Nie potrafiły się
okłamywać. Już nie. Nie naciskała, wiedziała, że prędzej czy
później dowie się wszystkiego.
Namówił
ją na piękną granatową suknie z dość dużym dekoltem, ale
idealnie do niej pasującą. Nie musiała wiedzieć od jakiego była
projektanta i ile kosztowała. Okołu dziewiętnastej pojawił się
przed jej domem. Wszedł do środka i zaniemówił. Wyglądała
zjawiskowo. Tak jak wtedy w tym klubie. Włosy rozpuściła, czego
nie robiła na co dzień, nałożyła perfekcyjny makijaż i buty na
wysokim obcasie. Tym razem to on czuł się przy niej ubogo i szaro.
Przyćmiła go swoim blaskiem i olśnieniem. Była niczym spełnione
prośby i marzenia. Była jego. Podał jej dłoń i pojechali na bal.
Tam było już wiele osób. W tym Magda i Kuba. Usiedli
razem przy stoliku czekając na uroczyste otwarcie. Komplementy
sypały się garściami. Wszyscy wyglądali wytwornie i
dystyngowanie. Po kilkunastu minutach wszedł dyrektor i wygłosił
oficjalne powitanie oraz życzył wszystkim udanej zabawy. Tomek
poprosił Art do tańca. Bawili się wspaniale, tańcząc, śmiejąc
się i czekając na północ. Tomasz cieszył się każdym jej uśmiechem.
Był naprawdę szczęśliwy. Wszystko było w najlepszym porządku.
Może dlatego stracił czujność? Może dlatego nie wyczuł
nadchodzącego jak burza Nataniela? Może, ale już nigdy nie miał
się dowiedzieć dlaczego tamtego wieczora nie zareagował szybciej
niż powinien. Właśnie kiedy skończyli tańczyć wyczuł go.
Gwałtownie odwrócił się w jego kierunku i dostrzegł go w kącie
sali śmiejącego mu się w twarz.
Nataniel. Jego brat. Powoli ruszył
z miejsca i zaczął iść w ich stronę.
– Art może wyjdziemy na zewnątrz? –
zapytał i zanim dziewczyna zdążyła cokolwiek powiedzieć już
zmierzali do wyjścia. Nataniel jednak już ich doganiał. Tomek
panikował. Nie powinien obawiać się brata i nie obawiał się. Nie
chciał tylko aby Artemizja miała z nim jakąkolwiek styczność.
–
Tomaszu, nie poznajesz mnie? – zapytał irytującym tonem, pełnym
nie zadowolenia, ponieważ jego braciszek chciał go olać i wyjść
z tą śliczną brunetką, na co mu niestety nie mógł pozwolić.
Nat był szczerze zdziwiony kiedy wyczuł nastrój Tomka. Ten był
zakochany. No cóż, mogło i na niego paść. Na początku Nat
zamierzał mieć wielkie wejście, ale ta dziewczyna… jej
żywiołowość go powstrzymała.
– Natanielu. – Tomek przeklął po
cichu i powoli odwrócił się, spojrzał na niego piorunującym
wzrokiem.
– Można wiedzieć co ty tu robisz? – jego młodszy
brat uśmiechnął się błyskotliwie.
–
Przyjechałem odwiedzić brata, ale widzę, że nie czuje się on tak
samotny jak myślałem. Nie przedstawisz mi swojej towarzyszki? –
Tomasz naprawdę nie spodziewał się, że sprawy przybiorą tak zły
obrót. Chyba najwyższy czas było sobie przypomnieć czym tak
naprawdę jest i dlaczego tu przybył.
Przysunął się do Art i mocno ją objął. Wyczuł również,
że coraz więcej osób zaczęło interesować się tą sceną,
zrobioną przez Nataniela.
– Art poznaj mojego
brata Nataniela. Natanielu to jest moja – podkreślił to słowo –
dziewczyna Art. – Nataniel wyciągnął rękę do Art ale Tomek nie
pozwolił jej odwzajemnić gestu. Nat zirytował się, ale niczego
nie dał po sobie poznać.
– Dobrze darujmy sobie uprzejmości. Wyjdźmy stąd i
porozmawiajmy na zewnątrz. – zabrał Art i cała trójka wyszła
na zewnątrz. Wiedział, że Nataniel nie idzie jeszcze za nimi.
– Art
przepraszam. Naprawdę nie chciałem aby tak to wszystko wyszło.
Wybacz mi.- wyszli na zewnątrz gdzie było mroźno. Zapomniał
zabrać płaszcza dla Art. i teraz przeklinał się za to bo
dziewczyna zaczynała się trząść z zimna. Jednak to nie mróz był
tego przyczyną. Ona wiedziała, po prostu czuła, że „brat”
Tomka to chodzące zło. Musiała mu przyznać, niespotykaną urodę
i tajemniczość, jaką od razu wyczuła, ale nie zmieniało to
faktu, że miał w sobie coś mrocznego i niebezpiecznego.
– Art co by się nie zdarzyło, czego
by nie mówił mój brat pamiętaj, że on jest nieobliczalny i zły.
Musisz na niego uważać. Obiecaj mi to. – nie odpowiedziała od
razu a czasu nie mieli. Nataniel mógł pojawić się w każdej
chwili. Dziewczyna była zdezorientowana i bała się. Naraził Art i
teraz ona się bała. Pokiwała jednak potakująco głową.
– Dobrze. Masz tu kluczyki.
Wsiądź do samochodu i zamknij się od środka. Nie wychodź, do
puki nie przyjdę po ciebie. Zrozumiałaś? - znów tylko pokiwała i
zobaczył smutek w jej oczach. Bolał bardziej niż wszystko złe co
go do tej pory spotkało. Odwróciła się i poszła w stronę
samochodu. W tej samej chwili pojawił się Nataniel.
– Jakież to było romantyczne. Jeszcze słowo a bym się rozpłakał.
– zadrwił i uśmiechnął się w ten irytujący sposób. Bawiła
go cała ta sytuacja. Poza tym chciał widzieć panikę w oczach
Tomka. Sprawiała mu ona przyjemność. Rozkoszował się każdą jej
cząstką. Prowokował go do niej a czasami wręcz zmuszał. Tylko po
to aby poczuć satysfakcję z cierpień starszego braciszka.
– Czego chcesz? Więzi braterskie na pewno cię
tutaj nie sprowadziły, więc co? – Tomek zapytał bez zbędnych
wstępów. Jego brat oznaczał kłopoty. On sam nimi był i ciągnął
w nie innych. Tam gdzie się pojawił siał zamęt i zniszczenie.
Miał pełne prawo obawiać się o bezpieczeństwo mieszkańców tych
okolic. Nataniel był ode niego młodszy. Kiedyś byli do siebie
podobni, jednakże po przemianie zmienili się obaj. Teraz jednak
znów dostrzegał podobieństwo. Ten sam kolor włosów, oczy jedynie
dwa może trzy odcienie ciemniejsze od jego. Śmiertelnik
stwierdziłby, że jest przystojny. Dla Tomka prezentował
utożsamienie samego diabła. A najgorsze w tym wszystkim było to,
że on sam, też kiedyś taki był. Nataniel przestał się uśmiechać
i przyjrzał mu się.
– No i tu się mylisz. Przyjechałem cię ostrzec.
Joseph rzucił ci wyzwanie i jeśli nie pojawisz się o umówionej
porze zginiesz. On cię znajdzie. – był śmiertelnie poważny co w
jego przypadku nie wróżyło najlepiej. Inaczej, jeśli jego młodszy
braciszek był poważny to kogoś czekała śmierć. Przeklinał się
w myślach za to że naraził Art na takie niebezpieczeństwo. Jakiż
był głupi myśląc, że może tutaj pozostawić za sobą wszelkie
zło. Idiota. Spojrzał na Nataniela. Dalej przyglądał mu się w
milczeniu. Jaki interes miał w tym aby go ostrzec? Nie wiedział ale
jednego był pewien. Nie zrobił tego bezinteresownie. Nataniel
tymczasem penetrował umysł brata. Szybko go znalazł. Ten pożal
się Boże wampir nawet nie postawił barier umysłowych. Musiał
naprawdę postradać rozum dla tej ludzkiej istoty.
–
Dziękuję. – odpowiedział Tom. Brat skinął mu głową.
– Nie ma za co. Nie zrobiłem tego dla
ciebie. Nasza siostra mnie o to poprosiła, jednak znasz mnie na
tyle, że wiesz iż dla niej również tego nie uczyniłem. Byłem
ciekaw. – oczywiście. Tomasz zbyt dobrze znał Nataniela aby
uwierzyć w podobne brednie.
– Jasne. Czyli
będziesz biernym obserwatorem, tak? – zapytał brata. Ten
uśmiechnął się sarkastycznie.
– Nie wkładaj mi w usta słów których nie wypowiedziałem.
– odpowiedział. Irytowanie go Nataniel miał we krwi. Nigdy nie
dało się z nim porozmawiać normalnie. Nawet przed tym co mu
zrobił. Jeszcze chwila a rzuciłby się na niego. Jedyne co go
powstrzymało to obraz przerażonej Art siedzącej w samochodzie.
Bała się. Nie pojmowała sytuacji i to ją przerażało. A on
cierpiał widząc to. Dlatego nic nie zrobił.
– Jesteś skończonym draniem. Czego właściwie chcesz?
Dlaczego mnie ostrzegłeś? Nataniel w co ty grasz? – zapytał
wprost, brat spoważniał. Bacznie mu się przyjrzał. Wiedział, że
ocenia czy warto mówić mu choć ułamek prawdy. Prawie słyszał
jak trybiki w jego głowie się obracają. W końcu podjął jakąś
decyzję.
– Nawet nie
zauważyłeś od jakiego czasu tutaj jestem. Tak byłeś pochłonięty
tą ludzką istotą. Mówiąc wprost zakochałeś się. Nie wiem co
zrobię gdy Joseph tutaj przybędzie. Nie wiem po której stronie
stanę. Obaj wiemy jak wiele powodów mam aby cię nienawidzić. W
zasadzie wystarczy jeden. Nie oczekuj ode mnie, że w sądnej chwili
stanę po twojej stronie. – uśmiechnął się przebiegle.
– Jak
już powiedziałem nie wiem co zrobię. Jednak radzę ci, nie
lekceważ mnie. – ostatnie słowa znów wypowiedział tym swoim
złowieszczym tonem. Czuł, że Nataniel jest od niego silniejszy.
Najprawdopodobniej wypił krew z kilku ludzi. Miał tylko nadzieję,
że nie w tej okolicy czyli w promieniu jakichś pięćdziesięciu
kilometrów. Najmniej w tej chwili było im potrzebne aby jakiś
człowiek zaczął krzyczeć „wampir”.
– Niech ci będzie. – odpowiedział
Natowi.
– Dlaczego ona? Zawsze lubiłeś
łatwe zdobycze. A ona nosi w sobie ból i cierpienie, więc
dlaczego? – zapytał. Zaskoczył go szczerym tonem. Gdy na niego
spojrzał spostrzegł, że wzrok ma utkwiony w kierunku jego
samochodu. I nie podobał mu się ten wzrok. Był… łakomy i
pożądliwy. Nata naprawdę zaintrygowała ta dziewczyna. Zaraz jak
on mu ją przedstawił? A tak, Art czyli Artemizja. Piękne imię i
piękna dziewczyna. Zastanawiało go jednak czemu w środku była
taka… smutna. Pomijając fakt, że była zakochana w jego
przygłupim bracie, była naprawdę skrzywdzona. Jej rany goiły się
powoli, a on nagle zechciał ulżyć jej w tym bólu.
– Trzymaj się od niej z daleka. Słyszysz? Inaczej obiecuję ci,
że złamię wszystkie swoje obietnice i cię zabiję….
– Tak jak Jasminę? – te
słowa trafiły jak ostrze w sam środek serca. Idealnie sprecyzowany
cel i świetne wyczucie chwili. A najgorsze było to, że to od niego
się tego nauczył. Nie odpowiedział a Nat po prostu rozpłynął
się w powietrzu. Wrócił do auta. Art była roztrzęsiona. Nie
wiedziała co o tym ma myśleć. Przytulił ją.
– Już dobrze.
Przepraszam cię za niego, Nataniel jest draniem i potrafi
przestraszyć. W gruncie rzeczy nie jest jednak taki zły. – ufała
mu. Powoli się uspokoiła.
–
Jedźmy już do domu. – poprosiła. Spełnił jej życzenie. Nie
dziwił się, że chce już wracać. W zasadzie on też już nie miał
ochoty na żadne sylwestrowe bale. Północ przywitali leżąc pod
kocem i pijąc wino. Art zasnęła zaraz po wybiciu dwunastej. Tomek
jednak długo zastanawiał się nad słowami brata.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz