wtorek, 16 grudnia 2014

3. Promyk nadzieji


         Następnego dnia w szkole, Art poszła jak zawsze na lekcje. Dzisiejszy dzień był śliczny i jakiś inny. Kiedy rano wstała uśmiechała się do wszystkich. Miała dobry humor. Pod klasą było już sporo uczniów. Mimowolnie rozejrzała się za Tomkiem, ale go nie ujrzała. W sumie to dobrze. Wczoraj było wczoraj i nie trzeba było do tego wracać. Miała nadzieję, że on będzie….                                         
 
– Jak się masz? – usłyszała cichy głos za sobą. Powoli się odwróciła i ujrzała jego twarz w perfekcyjnym uśmiechu. W dodatku ten błysk w oczach. Powinna się ucieszyć, ale ona spanikowała.                                                              
 
– Cześć. – rzuciła mu tylko i minęła.
 
Wampir nie miał pojęcia co myśleć. Po prostu go olała. Nigdy dotąd mu się to nie zdarzyło. Poza tym uważał, że wczoraj zdobył choć cześć jej zaufania. Jak widać się mylił. Nie zamierzał jednak tak tego zostawić. Odwrócił się i podążył za nią. Siedziała już na jednej z ławek które stały na korytarzu i czytała. Podszedł do niej i usiadłem obok. Nawet nie podniosła wzroku.                 
 
– O co ci chodzi? – zapytał wprost. Dziewczyna przez dłuższą chwile nie odpowiadała a on był dziwnie zdenerwowany. Nie, nie zdenerwowany. Zirytowany.              
 
– Posłuchaj, jeśli myślisz, że jedno wspólnie spędzone popołudnie zrobi z nas przyjaciół, to się mylisz. Sam się do mnie wprosiłeś, ja cię nie zapraszałam. – zaczęła zbierać swoje rzeczy bo właśnie zadzwonił dzwonek na lekcje.                         
 
– Taka dobra rada, uważaj na Kornelię. – puściła mu oczko i poszła w swoją stronę, zostawiając go skonfundowanego. Był zaskoczony jej zachowaniem. Była silna. Nie tak łatwo było zdobyć jej zaufanie. Rzuciła mu wyzwanie. Choć miał własne zadania do wykonania, po tej rozmowie podniósł rękawice którą mu rzuciła.

Kolejnego dnia Magda trajkotała o Tomku, ponieważ widziała wczorajsze zajście na korytarzu. Samo gadanie Art by wytrzymała jednak przyjaciółka zaczęła snuć insynuacje jakoby Art wpadła w oko Tomaszowi.          
 
– Madziu, kocham cię i dlatego tylko uznam, że żartowałaś a ten żart był bardzo mało śmieszny. Kocham Igora i nic ani nikt tego nie zmieni. Nawet Tomek swoim czarującym i zarazem irytującym zachowaniem. – spojrzała na przyjaciółkę poważnie.
 
Więcej do tematu nie wracały. Tomek natomiast na wszelkie możliwe sposoby starał się zdobyć jej przyjaźń. Proponował pomoc na każdym kroku, urządzał złośliwe dyskusje na języku polskim. Tygodnie mijały a ona nadal pozostawała dla niego wielką zagadką. Odrzucała go na każdym kroku. Bawiło go doprowadzanie jej na skraj wytrzymałości. Szczególnie kiedy okazywał się lepszy w dziedzinach które do tej pory były jej konikiem. W taki sposób minęła im reszta września i październik. Przyroda zmieniła się całkowicie. Liście pożółkły na drzewach, ptaków było mniej i wszystko wydawało się gdzieś spieszyć. Natura chciała zdążyć zabezpieczyć się przed zimą. Słońce wisiało niżej i świeciło krócej. Deszcze wypełniały długie jesienne dni i wieczory. Ludzie również skończyli już swoje prace na podwórzach i teraz wszyscy oczekiwali na pierwszy śnieg. Pierwszy listopada był dniem w którym ludzie wspominali zmarłych. Gromadzili się na cmentarzach i modlili za dusze bliskich. Art zawsze uważała, że to w pewien sposób pastiszowe święto. Przez cały, rok większość z tych ludzi zapominała o zapaleniu świecy na nagrobku swych przodków, a w ten jeden dzień pragnęli wypaść jak najlepiej. W zasadzie nie chodziło im o pamięć a tylko o pokazanie się. Jak wszystko dookoła święto to stało się rewią na najpiękniejsze i największe wieńce i znicze. W Stanach przynajmniej nie starali się ukrywać, że robią z tego więcej zabawy niż powagi. Dziewczyna była właśnie na cmentarzu i tak jak inni zapalała znicze. Jej rodzina posiadała wiele grobów, zarówno ze strony babci jak i dziadka. Ich rodziny brały udział w drugiej wojnie światowej i wiele ich członków poniosło śmierć. Jej rodzina była zasłużona, ale dziadkowie woleli się raczej od tego odciąć. Jak mawiał dziadek, nie chciał żyć w luksusach za które, oddali życie jego bracia. Babcia popierała go w tym. Byli jednak zapraszani na wszelkie możliwe okazje związane z wydarzeniami historycznymi jako goście honorowi. Rodzina babci w części pochodziła z innych stron kraju i tam również mieliśmy bliskich. Niestety wszyscy nie żyli, dlatego dziś była sama a dziadkowie mieli wrócić za kilka dni. Przez chwile przyglądała się pewnej kobiecie która klęczała przy świeżym grobie. Obok niej niespokojnie kręciła się mała dziewczynka. Kiedy baczniej przyjrzała się kobiecie zobaczyła zaokrąglony brzuszek. Zaczął padać deszcz i dziewczynka się rozpłakała. Kobieta podniosła się więc, otarła łzy i zabrała córkę. W miarę szybkim tempie zbliżały się do bramy wyjściowej. Art przeżegnała się nad swoimi grobami i również podążyła do bramy. Po drodze zerknęła na nagrobek przy którym płakała kobieta. Na płycie widniał napis „Adam Kowalski oddany mąż, ojciec i syn” a pod spodem „żył 36lat pokój jego duszy”. Teraz rozumiała rozpacz kobiety. Sama doskonale pamiętała jak przed trzema miesiącami płakała dokładnie tak samo jak ta nieszczęsna kobieta. Nie mogła się teraz rozkleić. Spojrzała w niebo zasnute ciemnymi, deszczowymi chmurami. Podniosła kołnierz płaszcza, aby ochronić się od deszczu i ruszyła do domu. Przed cmentarzem był tłok. Mnóstwo ludzi i mnóstwo samochodów. Art do domu miała do pokonania około trzech kilometrów. Nie narzekała. Lubiła chodzić. Właśnie miała rozłożyć parasol kiedy jakiś samochód zatrzymał się obok niej. Nawet nie musiała sprawdzać kto to, bo wiedziała. Spodziewała się go. W końcu jeszcze się nie zdarzyło aby minął jej dzień bez jego (choćby chwilowej) obecności. Musiała przyznać Tomaszowi Czyńskiemu, iż był wytrwały w dążeniu do zawarcia z nią znajomości. W jakiś sposób go polubiła. Był odrobinę złośliwy, irytujący, ale był też inteligentny i tajemniczy. To jej nie przerażało. Przecież nie była jedną z bohaterek tych głupawych romansideł , które tak uwielbiała Magda. Tomek wyraźnie ją adorował, ale robił to w dość błyskotliwy sposób. Co nie zmieniało faktu, że nie miał u niej szans.   
 
– Wsiadaj, podwiozę cię. – to nawet nie była prośba. Powiedział to w sposób, który nie dopuszczał możliwości odmowy. Uśmiechnęła się do siebie.                                                
 
– Rozumiem, że jeśli nie wsiądę to będziesz jechał obok mnie i opowiadał jedną z tych swoich kaskaderskich historyjek? – wampir wyszczerzył do niej zęby w uśmiechu. Zrezygnowana pokiwała bezradnie głową i wsiadła do hamera. Tomek umyślenie jechał powoli. Nie odzywała się. On również. Po kilku krótkich minutach byli już na jej podwórzu.                                                      
– Dzięki za podrzucenie. – chciała już wysiąść ale, on miał zupełnie inne plany. Nie zamierzał jej tak łatwo puścić skoro w końcu poświęciła mu chwilę.           
 
– Zrobisz mi herbatę i będziemy kwita. – posłała mu kolejne mordercze spojrzenie, ale szybko się opanowała i wysiliła na uśmiech. On udawał, że nie widzi jej starań a ona ciskała mu w myślach gromy. Weszli jednak do domu. Art włączyła ogrzewanie i po kilku minutach w domu zaczęło być w miarę przyjemnie. Nie zabawiała gościa rozmową. On natomiast był rozbawiony całą sytuacją.                 
 
– Art możemy ciągnąć to nadal lub po prostu dasz mi szansę na pokazanie iż nie jestem takim draniem za jakiego mnie masz. – dziewczyna roześmiała się perliście.    
 
– Tomku nie mam cię za drania. Nie znam cię i nie wyraziłam chęci poznania. Ty natomiast uznałeś to za wyzwanie i chcesz stawić mu czoło. To heroiczne, ale zbędne. – potrafił wyczuć ludzie myśli i uczucia, ale takich słów naprawdę się nie spodziewał. W zasadzie co on sobie myślał uganiając się za nią? Podobała mu się. Fascynowała go. Skrywała ból i głęboki smutek. Powinien był dać za wygraną kiedy po raz pierwszy dała mu jasno do zrozumienia, że nie ma u niej najmniejszych szans. Poza tym miał inne rzeczy na głowie które zaniedbał, próbując zdobyć jej sympatię. Rafael już niejednokrotnie pytał go o postępy. Owszem, poczynił je, ale na pewno nie były one zadowalające dla jego zwierzchnika.                    
 
– Mimo wszystko, w jakiś pokrętny sposób cię polubiłam. Myślę, że zaplusowała twoja inteligencja. – była całkowicie poważna. Znów mnie zbiła z tropu. Najpierw wprost mówi mi, że nigdy nie chciała mieć ze mną do czynienia a teraz, że jednak mnie polubiła. Artemizja Miłorzębska była naprawdę zagadką godną uwagi i rozwiązania. Tego popołudnia rozmawiali swobodniej. W końcu zaczęli się dogadywać. Ona po krótce opowiedziała mu o swoich zainteresowaniach. On jej również. Zaskoczyło ją, że gra na fortepianie, skrzypcach i gitarze. W dodatku kocha czytać i sam pisze. Zaznaczył, że są to tylko jego wymysły co do świata i jego rzeczywistości. Kiedy dziewczyna spojrzała na zegarek zobaczyła tam już późny wieczór. Tomek bardzo szybko zdał sobie sprawę z niezręczności sytuacji.                       
– To moja wina. Zanudzałem cię swoim nudnym życiem. Już się zbieram. – oboje wstali. Wiedziała, że skłamał w bardzo wielu sprawach, ale nie dała tego po sobie poznać bo dotyczyły one głównie jego rodziny. Mogło to oznaczać, że nie chce on o niej rozmawiać. Szanowała to i nie naciskała.                          
 
– Dobranoc. – powiedział kiedy już wychodził.                          
 
– Tomek? Jeśli propozycja podwiezienia mnie rano do szkoły jest aktualna, to z przyjemnością. – uśmiechnął się do niej i wyszedł. Może jednak miął u niej jakieś szanse? Kto wie.
 
***

Następnego ranka Magda była lekko zmartwiona. Umówiła się z Art w szkolnym autobusie, tymczasem przyjaciółki tam nie było.                                                    
 
– Magda daj spisać matmę. – krzyknął do niej Karol, kolega z klasy.                                        
– Spadaj, ostatnio nie dałeś mi anglika. – odpyskowała koledze i poszła do pomieszczenia zwanego potocznie „kanapą”. Była to część korytarza, na której stały krzesła, stoliki i jedna, stara już kanapa. Ściany pomalowane tutaj były na czerwono a w ogromnych oknach, sięgających od sufitu, aż do podłogi nie wisiały żadne zasłony. Usiadła jak zawsze z koleżankami przy stoliku z którego był najlepszy widok na parking. Rozgadała się z nimi, ale zerkała za okno. Aby wejść do szkoły, każdy musiał przejść obok tych okien. Magda miała nadzieję wypatrzeć Art. Wiedziała, że wczorajszy dzień musiał być dla przyjaciółki ciężki. Proponowała jej nawet, że jakoś wywinie się rodzicom i Kubie, swojemu chłopakowi, ale Art jak zawsze zapewniła ją, że sobie poradzi. Na parking podjechał Tomasz Czyński w swoim zabójczym aucie. Magda od początku wiedziała, że jej przyjaciółka wpadła mu w oko. Tamta jednak robiła wszystko aby zniechęcić go do siebie. Odwróciła się więc w stronę wejścia do szkoły, bo wśród dziewczyn rozeszły się ochy i achy. W końcu Justyna krzyknęła swoje słynne „OMG” i Magda już nie mogła zignorować tej wrzawy. Kiedy spojrzała kto wchodzi do szkoły uśmiechnęła się w stylu „a nie mówiłam”.

- To chyba nie był najlepszy pomysł. – szepnęła Tomaszowi, kiedy wysiedli z auta. Posłał jej ten swój promienny uśmiech, aby dodać jej otuchy. Swoją drogą był zadowolony z obrotu spraw. Skierowali się do wejścia. Dopiero tam na „kanapie” usłyszał zaskoczenie. Przez półtora miesiąca nie dał żadnej z nich choć cienia nadziei, a tymczasem pojawia się z Artemizją u swego boku.                                                 
 
– Dobra, miejmy to za sobą. Im prędzej zaczną plotkować, tym szybciej skończą. – dość stanowczo oznajmiła i ruszyła do przodu. Miała rację. Poszedł więc za nią, zabrał jej torbę i położył rękę na jej tali.                                                
 
– Zabijesz mnie za to. – oznajmił jej. Spiorunowała go wzrokiem ale nie powiedziała nic. W taki sposób udali się na lekcję.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz