czwartek, 18 grudnia 2014

5. Prawda


       Zima zagościła na dobre w całym kraju. Śnieg padał powoli i ospale. Nie spiesząc się nigdzie, nie tworząc śnieżyc opadał na ziemię i zabarwiał wszystko na biało. Ludzie powoli zaczynali się przygotowywać do świąt Bożego Narodzenia. Kupowali jedzenie, choinki, ozdoby a przede wszystkim prezenty. W szkole panował świąteczny zgiełk. Ubierano korytarze, stawiano choinki, zapalano światełka. Wszystko wyglądało bajkowo. Tomek nie obchodził świąt. Nie dlatego, że nie wierzył. Przez ostatnich kilka stuleci nie miał na nie czasu. I tym razem tak było. Art odsunęła go trochę od siebie od tamtego feralnego wieczoru. Postanowił jej dać czas. Zajął się tym po co tak na prawdę tutaj przybył. Art sprawdziła szkołę do której chodził Tomek. Papiery się zgadzały, ale kiedy zadzwoniła tam okazało się, że nikt nie słyszał o takim uczniu. Poszperała więc w sieci. W Polskich stronach nie znalazła niczego. Weszła więc na Yahoo USA i tam natrafiła na pewną notkę opatrzoną zdjęciem. W wolnym tłumaczeniu brzmiało to mniej więcej:
 
„Rafael Sinoczarno, potentat ropy naftowej wraz z gronem ścisłych współpracowników”.
 
Na zdjęciu był również Tomek, a było ono datowane na pięć lat wcześniej. To było nie możliwe. Pięć lat temu Tomek miał trzynaście i był jeszcze dzieckiem. Tymczasem na zdjęciu wyglądał dokładnie tak jak teraz. Być może się pomyliła. Pod zdjęciem nie było żadnych nazwisk. Zaczęła więc szperać o tym całym Rafaelu. Znalazła jego biografię, firmę, współpracowników. Wśród nich natrafiła na nazwisko Czyński. Kliknęła na nie a tam wyskoczyło zdjęcie Tomasza z notatką:
 
„Tomasz Czyński (lat dwadzieścia osiem) jest jednym z najbliższych współpracowników Rafaela Sinoczarno. Młody przedsiębiorca stoi już na liście stu najbogatszych obywateli Stanów Zjednoczonej Ameryki. Jego życie prywatne pozostaje zagadką i tajemnicą”.
 
Oniemiała. Jak to możliwe? Zaczęła się zastanawiać. Tomasz nigdy nie mówił o przeszłości. Udawał osiemnastolatka kiedy w rzeczywistości miał około trzydziestki. Jakim cudem się nie starzał? Nigdy nie narzekał na ból, nigdy nie było mu zimno. Jadł jak wszyscy, ale nigdy nie wspominał o swojej ulubionej potrawie. Był o każdej porze wypoczęty. Zawsze wszystko wiedział. To przerażało ją już nie na żarty. Oglądała kiedyś pewien film i czuła się dokładnie tak jak główna bohaterka. Spokojnie, musiała się uspokoić. W końcu film to film a życie to życie. Coś jednak kazało jej zestawić w jedno wszystkie te informacje w wyszukiwarce. Wyskoczyło jej tylko jedno hasło : wampir.
 
Wystraszona odsunęła się od monitoru swojego komputera. Przecież to nie mogła być prawda. Wampiry nie istniały. A Tomek? Przecież nie mógł od tak sobie wychodzić wieczorami na polowanie i co? I zabijał ludzi? Nie, absolutnie nie. On był miły wrażliwy, czuły. Nie mógł być żądną krwi bestią. Wyłączyła komputer i poszła robić porządki. Zawsze tak reagowała na stres. Sprzątała, gotowała, prała. Jej babcia właśnie po tym poznawała, że z wnuczką dzieje się coś nie tak. nigdy jej jednak nie musiała o nic pytać. Dziewczyna zawsze sama przychodziła i mówiła jej o wszystkim. Artemizja tej nocy nie spała. Im bardziej starała się o tym wszystkim nie myśleć tym bardziej zaprzątało to jej głowę. Sprawa była irracjonalna. Takie rzeczy nie mogą się dziać w realnym świecie. Przyjęcie tego do świadomości było istna torturą. Skoro całe życie człowiek był uczony, że wampiry, wilkołaki, czarodzieje, wiedźmy itp. nie istnieją, a nagle dowiaduje się, że jednak istnieją, zostają podważone wszystkie dotychczasowe fundamenty jego człowieczeństwa. Można nawet rzecz, że cały świat ulega załamaniu.

Stała przed jego domem i nie miała pojęcia co ją tutaj przywiodło. Po tym co odkryła i przyswoiła do świadomości nie powinna była tutaj przychodzić. Mimo to nacisnęła dzwonek. Nie minęła chwila a drzwi się otworzyły a w nich stał Tomek.                
 
– Musimy pogadać. – powiedziała tylko i weszła do jego domu. Tak jak przy poprzednich wizytach salon pozostawał nieurządzony. Wiedziała, że i tak zaprosi ją do kuchni, ale tym razem nie potrafiła sama poruszać się po tym domu.                         
 
– Wejdźmy do kuchni. – zaproponował. Wiedział po co przyszła. Odkryła prawdę. nielicznym się to zdarzało więc podziwiał ją. Potrafiła dostrzec to, czego inni nie potrafili. Nie zaćmiła jej jego uroda, czar i wszystkie inne sztuczki które na niej stosował. Widziała wszystko to, co widział on. Wiedziała kim był a mimo to tutaj przyszła. Odwaga i heroizm o który ostatnio oskarżała jego był przypisany w całości jej. Weszli do kuchni i usiedli naprzeciw siebie. Dzielił ich tylko blat, który jednocześnie pełnił funkcję stołu.            
 
– Wiesz już kim jestem. Zaimponowałaś mi. Większość ludzi nigdy nie odkrywa prawdy. – zaczął rozmowę jako pierwszy ponieważ, dziewczyna wydawała się na tyle zdenerwowana, że wiedział jak trudno jej rozpocząć. W końcu dość głośno przełknęła ślinę i się odezwała.                
– Tak, w końcu odkryłam prawdę. Żałuję tylko, że sam mi jej nie wyznałeś. Wiesz jak trudno pogodzić się człowiekowi z faktem, iż istniejesz? Wampiry to chyba nasz najgorszy koszmar. Nie mamy jak się bronić przed twoją rasą. To… straszne. – znów go zaskoczyła. Mówiła o rzeczach śmiercionośnych a jednak zachowywała przy tym jakąś nutę zainteresowania, chęć sprawdzenia kilku faktów. Już samo przyjście tutaj wymagało wielkiej odwagi, a takie słowa były w mniemaniu wszystkich normalnych ludzi (i wampirów także), czystym szaleństwem.   
 
– Mniemam, że żądasz kilku odpowiedzi? – pokiwała twierdząco głową.                                           
 
– Mam osiemset dwanaście lat. Jestem wampirem, który potrafi panować nad swoim pragnieniem, co uwierz nie jest proste. Jeśli chodzi o te wszystkie książki i filmy to w jakimś sensie oddają prawdę o mojej rasie. Jesteśmy niewiarygodnie szybcy, nieprzeciętnie inteligentni, nie słyszymy ludzkich myśli, ale potrafimy je zobaczyć, wyczuć wasze emocje, pragnienia, smutki i rozterki. Nie zabija nas ani czosnek, ani woda święcona. Srebro i znaki krzyża nas nie odstraszają, tak jak słońce czy odbicie w lustrze. To mity. Inaczej sprawa ma się z kołkami i pewnymi ziołami. Pierwsze potrafią być bolesnym przeżyciem, drugie doprowadza nas do szału, choć tego chyba nie powinienem ci mówić. Mamy maksymalnie wyostrzony słuch i węch. Jesteśmy tropicielami i łowcami. Wszystko w nas ma nęcić człowieka. To w wielkim skrócie tyle. – spojrzał na nią. Czy opanował ją strach? Nie. Owszem, wiedział, że wszystko co powiedział wywołało w niej przerażenie, ale bardzo szybko przybrało to postać czegoś na kształt fascynacji i to już wcale mu się nie spodobało. Dziewczyna jednak bardzo szybko się opanowała.                                
 
– Czyli mogę być spokojna, że nie zabijesz mnie ani nikogo z moich znajomych? – zapytała już dużo śmielej. Wampir roześmiał się anielsko, choć po chwili doszła do wniosku, że to nie jest trafne określenie.         
 
– Nie, możesz być spokojna. Ja piję krew tylko z banku krwiodawstwa a zapas mam jeszcze z NJ. – spojrzała na niego z wielkim zainteresowaniem. Miał osiemset lat. Ileż musiał wiedzieć i widzieć przez ten czas. A ile ma jeszcze możliwości… to ją nęciło. W zasadzie dowiedziała się tego czego chciała i mogła już wyjść, ale nie spieszno jej było do tego. O dziwo nie bała się go wcale. Teraz, kiedy znała jego tajemnicę pociągał ją jeszcze bardziej. To czyste szaleństwo, obłęd. Powinna uciekać z tego domu póki jeszcze może. Bo czy mogła ufać słowom wampira? W dodatku wiekowego wampira? Skąd mogła wiedzieć ilu on ludzi zabił? Czy potrafiłaby nadal się z nim przyjaźnić wiedząc, ilu ludzi pozbawił jestestwa? Ile pozostawił osieroconych dzieci i wdów? Skąd pewność, że zabijał tylko mężczyzn? A jeśli zabijał wcześniej skąd pewność, że teraz tego nie zrobi? Bo dał jej słowo. I czuła, że może mu zaufać. Z drugiej jednak strony, czy sam nie powiedział, ze tak właśnie ma działać na ludzi? Ma ich wabić, więc czy to zaufanie które odczuwała względem niego mogło być prawdziwe, czy było tylko kolejną jego sztuczką? Tyle pytań, na które jedyną odpowiedź, stanowił wampir siedzący naprzeciw niej. To wszystko było tak szalone, że aż nie prawdopodobne. A jednak chciała uczestniczyć w tej historii. Skoro i tak jej losy skrzyżowały się z jego… nie to było naiwne. Z drugiej jednak strony nie potrafiła zapomnieć o jego miękkich wargach, iskrach w oczach i tych wszystkich chwilach, które dotąd przeżyli. Wstała i zrobiła kilka kroków w stronę drzwi, ale po chwili zatrzymała się pełna niepewności i sprzeczności. Obserwował ja z fascynacją. Chyba znał już zakończenie tego wieczoru i bardzo mu ono odpowiadało. Art. odwróciła się do niego, powoli zbliżyła się. Dzieliły ich centymetry. Ona już sama nie wiedziała czego chce i co robi. Jakaś jej część wiedziała, ze kierują nią tylko pożądanie, ale nie chciała się już opierać.

Spędziła u Tomasza całe popołudnie i wieczór. Około dziewiątej leżąc w jego objęciach w końcu zaczęła myśleć trzeźwiej.                                                       
 
– Co teraz będzie? – zapytała tuląc się do jego torsu.                                                       
 
– Będziemy szczęśliwi do bólu. Art? – dziewczyna westchnęła. Oto właśnie przespała się z wampirem. Stworzeniem, które z natury powinno na nią polować. Jednak w głębi serca poczuła ciepło, którego już od bardzo dawna tam nie było.                      
 
– Chyba masz rację. – odparła tylko. Niechętnie wstali i pozbierali swoje ubrania.              
 
– Jestem głodna. – szepnęła mu a zabrzmiało to tak trywialnie, jak tylko mogło zabrzmieć. Roześmiał się, pocałował ją w czoło i znikł na kilka chwil. Był uskrzydlony, jednocześnie zdając sobie sprawę, że teraz już na pewno winien powiedzieć jej prawdę. Miał blokadę. Bał się, że ją straci, bo oto po setkach lat jego serce znów zabiło mocniej. Poczuł się pożądany i kochany. Szczerze, bez żadnych gier i podchodów. Nic dziwnego, że to strach nim kierował. Zrobił jej jakąś kanapkę i zaniósł do sypialni. Była już ubrana i uśmiechała się z zawstydzeniem. Była przy tym taka słodka.                                                        
 
- Z mych pocałunków szata twej nagości,
Z warg mych na niej purpurowe róże,
W które cię stroić nigdy nie znużę,
Tknąć ciebie kwiatom broniąc w ust zazdrości!

Z zachwytów moich kadzidła wonności,
Co owieją cię w uwielbień chmurze!
Z dumy mej tobie stopień i podnóże,
I hołdowniczy kobierzec miłości!

Na swojej skroni twoje stopy noszę
Jako niewolnik pełne kwiatów kosze...
Ugięty klęczę i powstać się boję!

Na czole stopy twoje obnażone
Dzierżę jak żywych klejnotów koronę,
Bo na twych stopach chodzi szczęście moje!                                                                   
 
- To Staff, ale oddaje to co czuję. – obsypał ją pocałunkami. Była oczarowana. Podziwiała go za to, że w każdej sytuacji potrafił znaleźć odpowiednie słowa.  
 
– Musisz mnie odwieźć do domu. – powiedziała niechętnie. Nie sprzeciwiał się. W końcu mieli przed sobą tak wiele czasu. Na zewnątrz było zimno i mroźno. Powinien pomyśleć o tym wcześniej. Było około dwudziestej drugiej. Dziadkowie Art pewnie umierali z niepokoju. Patrzył z zachwytem na nieustający uśmiech na jej twarzy. Był wart bardzo wiele. Był wart wszystko. Odwiózł ją i wrócił do domu. Ona… pomimo wszystkich niepewności cieszyła się z tego co się stało. Nie chciała już dłużej zaprzeczać własnym uczuciom. Nie zdradzała przecież Igora. On na pewno chciałby aby była szczęśliwa, a przecież teraz była i to jak szczęśliwa.

- Zlinczują mnie. – szepnęła, kiedy następnego dnia podjechali na parking szkolny.                                   
 
– Chodzisz z wiekowym wampirem. Nikt cię nie tknie, a co do plotek to chyba już gorzej być nie może. – odpowiedział z tym swoim przekornym uśmiechem. Zmierzyła go poważnym spojrzeniem na co tylko się roześmiał. Prawdę powiedziawszy, wiedział, że ciężko to przeżywa. Jeszcze sama się nie przyzwyczaiła do myśli o tym kim on jest, a teraz sam wymaga aby powiedzieć prawdę całemu światu. Dość długo nie wysiadali. Siedzieli w milczeniu i patrzyli na płatki śniegu które wirowały za oknami samochodu. Zbierało się na większe opady. Ciężkie chmury napierały na pogodne niebo z zachodu. Zaczynał padać coraz większy śnieg. Art lubiła biel. Lubiła kiedy pokrywała ona wszystko dookoła. Wtedy świat wydawał się nagi przed swoimi tajemnicami. Nic nie dało się ukryć, wszędzie pozostawały ślady. To jej się naprawdę podobało.                                                        

– Dobrze, chodźmy. – powiedziała w końcu i wysiadła z auta wprost w śnieżycę. Nie przeszkadzało jej to zupełnie. Szła, wiedząc, że on jest obok niej. To dawało jej pewne poczucie bezpieczeństwa, choć powinno być zupełnie inaczej. Weszli do szkoły. Postanowiła odstawić wszystkie słowa na bok. W szatni zdjęła płaszcz. Oczywiście, że jej pomógł. Odwrócił ją potem do siebie i zdejmował z jej włosów płatki śniegu. Tym chyba zdobył ją całkowicie. Jego spojrzenie było pełne… miłości. Czy ona też czuła się zakochana? Tak. Na korytarzu wziął ją za rękę. Uśmiechnęła się na to i razem poszli szukać Magdy. Usłyszeli ją zanim zobaczyli. Dziewczyna była w „kanapie”. Krzyczała na jakąś małolatę. Ciężko ją było zrozumieć. Obok niej na kanapie siedział Krzysiek, Michał i Łukasz. Ona czekała na Art, oni na Tomka. Magda chyba pierwsza ich dostrzegła. Nie uszło jej uwadze, że para trzyma się za ręce. /W końcu/ pomyślała. Widziała jak oboje lgną do siebie, a jej nie mądra przyjaciółka broni się przed tym nogami i rękami. Jednak jak widać było na załączonym obrazku, chyba przejrzała na oczy. Szybko odprawiła Małgośkę. Małolata nieźle weszła jej za pazury. Obgadywała Art na prawo i lewo. Krzysiek i Michał tylko głupio się uśmiechali na tę scenę.                                 

– Madziu kochanie co to biedne dziecko ci uczyniło? – zapytała Miłorzębska kiedy tylko przywitała się z przyjaciółką.   

– Mnie, nic. To na twojej osobie strzępi sobie język. O przepraszam, strzępiła. Lepiej powiedz, jak tam twój przystojniak? – po tych słowach znacząco spojrzała na Tomka, który w tej chwili zawzięcie coś tłumaczył Krzyśkowi. Artemizja patrzyła na to wszystko i stwierdziła, że jej życie jest normalne. Miała walnięta i kochaną przyjaciółkę, szurniętych kolegów, wymagających nauczycieli, zatroskaną rodzinę. Tylko chłopak wampir nie pasował jej do całości. Przecież w życiu każdego człowieka musi być jakiś wyjątek od reguły.                       
– Dobrze, jak widać. – odpowiedziała. Magda o nic więcej nie pytała. Po chwili Tomek do niej podszedł i szepnął cos na ucho. Jego słowa były niczym kwiaty. Delikatne i piękne. Stanowczo mogła potwierdzić jedno: była absolutnie zakochana. I ten stan rzeczy się jej bardzo podobał. Trzymał jej dłoń w swojej i czuł, że tak jest dobrze. jednak jego sumienie krzyczało zupełnie coś innego. Domagało się aby powiedział jej po co tutaj przybył. On jednak zawzięcie milczał i cieszył się tym co mieli.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz